Chłód

Aksamitny dotyk skóry

Aksamitny stukot kół

Aksamitny bo aksamit

Parzy kiedy płynie skórą w dół

Gdy opływa obłe ciało

Gdy dotyku ma za mało

Pruje się nie tylko szew

Aksamitny czysty chlew

Niedopowiedzenia

Niedostrzegalny szept i dotyk skrzydeł ramion

Mury otoczone obwolutą słów i niedopowiedzianych myśli

Wbrew wszystkiemu i poprzez wszystko

Drzewa kiełkują w styczniu

Wentylator włączany zapalniczką

A każdy prawnik diabła ma swojego

W mieście gdzie kawa sącząna jest łyżką

A serca bywają popielniczką

Strugam taboret na trzech nogach

Choć to bardziej radość, nie przestroga

Efemeryczne bańki

Każdy sobie, nóżką skrobie

Tutaj dołek, tutaj wzgórek, tutaj jeszcze ten malunek i dzieło życia prawie jest skończone

Żyje sobie w takim dołku, król baniaczy – żyje on sam w swojej, wielkiej bańce, czasem na niej tańczy. Nie dostrzega, nie rozumie, tej brawury i postawy, kiedy młodzi, za te bańki, skaczą gdzieś tam,

za palisady, obok bramy.