Bęc

Oczekiwania trach

Główka pęka bach

Słowa szeptane na uszko

Pęknięte serduszko

Dotyk opuszków

Ślad szminki

Trach, połamane paznokcie

Wyrwane serduszko z korzeniami

To co było znikło

Nie ma mnie

Między nami

Nie ma

Sylab ani słów

Żaden ludzki ruch nim nie jest

Bo ludzkie nie jest

Oddawanie się powinności

Bez grama Miłości

Gogo

Mogę pisać chujowe trapy, nie widzieć nic poza TYM

Mogę chodzić z ujaraną głową

Ale nigdy nie przestane być sobą

Spod skóry tusz nie zniknie

Do życia nie dodaje barwnika

Choć lubił mózg przenikać

Kwaśny smak na języku, może odtworzyć wiele wspomnień

Radio melancholii, choć wciąż ta sama muzyka

Ja chyba wole je tworzyć niż przywoływać

Preferencje nie stałe też lubią się pokazywać

dokazywać, raz po raz, dzisiaj cieszę się, że obudziłam się sama

Ale kiedy zatrzymam się, popatrzę w zielone drzewa, przywołam zapach wiosny, lub świeżo pieczonego pieczywa

Albo smak pomarańczowych tic taców

Myślę, że z Tobą mogłabym

stare klisze

wywoływać

Poza

W Warszawie – pajączki rozsiani po sieci kontaktów

Tyle adresów znam, do niektórych potrafię dojechać na pamięć i z zamkniętymi oczami

Potrafię trafić po zapachu perfum i mydła cedrowego

Po pękajacych bańkach mydlanych

Po kruszonych marzeniach i szklanych sufitach

Chciałabym doświadczyć wzajemności, to jasne

Chciałabym umieć żyć w ciemności, bez zadaszeń

Chciałbym dotykać i smakować życia, tak jakby było moją boginią

A nie, jak opcją awaryjną

Chciałabym zakochać się bez pamięci, bez pieniędzy, bez poczucia bycia niewystarczającą

Ale też umieć analizować na chłodno, by być w stanie, potrafić docenić, coś, co zdarza się niezwykle rzadko na tej ziemii

Nie wiem, czy to ja odkryje nowe i nieznane światy

Nie wiem, ale chyba…

Nie.

Nic pozatym.