Krzywe sz(r)klanki

Ostatnio miałam okazję odwiedzić warszawskie miejsce, którego niechlubna opinia nie zobowiązała mnie tamtego wieczoru do wygórowanych oczekiwań – no, może oprócz cen. Jednoznacznie uznaję, że piętnaście, PIĘTNAŚCIE kurwa polskich złotych, sprawia, iż magiczny trunek o zawartości 100% składników niezbędnych do życia, powinien nosić nazwę żywiec zbój. Ot co. Jednak historia zaczęła się od kokodrilu i wariancji na temat melona, więc cena ta zrobiła na mnie wrażenie dopiero po faktycznym uiszczeniu zapłaty. Opinie innych ludzi jak zwykle zwodnicze, po zakończonej zabawie, stwierdzam, iż miejsce sztos a ludzie jeszcze lepsi. I tak oto zaczęła się ta historia.
Siedząc w palarni i łapiąc oddech na wygodnej kanapie po szalonym tańcu w mroczne sali Zwierciadeł, moje spojrzenie przecięło się z horyzontem brwi jednego jegomościa. Jegomościa dla tajemnicy nazwijmy Marudą, gdyż to jedyne słuszne określenie, na którego miano zasłużył dopiero pod koniec przygody, póki co wydawał się Panem Sympatycznym. Nawiązując nić porozumienia, wynikła rozmowa określana smol tokiem, co oznacza w slangu klubowym tyle, że kiwałam głową ze zrozumieniem. Pan Sympatyczny został pożegnany po kilku minutach, a w moje głowie dostał określenie „miłego typa” i niczym w simsach, otrzymał zielony krzyżyk. Następnie rozpoczął się czas, o którym pisać nie będę, bo trzeba tego doświadczyć aby rozumieć. Mijałam Pana Sympatycznego kilkukrotnie, nie sprawiał wrażenia złego, ani nachalnego, co więcej – nawet kiwnęłam do niego i zaszczyciłam uśmiechem, a co, niech ma. Gdy nastąpił jeden z tych momentów, kiedy DJ idzie na przerwę, a tak naprawdę to nie wiadomo czy wróci, usiadłam na ławce, a po mojej prawej magicznie pojawił się Pan Sympatyczny, a po lewej – Super Ziomeczek. SZ pomyślał, że chyba jesteśmy razem, więc z grzeczności słuchał wywodów Pana Sympatycznego, który po kilku dłuższych wypowiedziach dotyczących psa wujka sąsiadki z dzielnicy obok w mieście 3 kilometry dalej, zaczął magiczne przemieniać się w Marudę. Ale to nie byle jakiego! Był to Maruda wyższej klasy, nie mający oporów przed nikim i przed niczym! Był niepowstrzymany w swej historii życia, którą opowiadał z przejęciem i z każdym szczegółem, co do sekundy wręcz. I niby to męczące, i niby zabawne, ale gdyby nie on, to doświadczenie Zwierciadła nie byłoby pełne. Byłoby inne, może nudne. Może nie wiedziałabym o tym, jakie miał przezwisko w 4 klasie szkoły podstawowej i kogo całował w drugiej liceum, ani tego w jaki sposób zarabia pieniądze, które tak chętnie wydaje. Najgorszy w tym wszystkim był mój brak empatii i zobojętnienie na jego słowa.
Bo nie opowiadał o sobie, tylko o każdej ze swojej masek. Takich ciężkich, żelaznych i kutych na miarę przez nasze społeczeństwo, kulturę i brak wartości. Ale gdyby nie on, to efekt motyla by nie zaistniał, a domino szczęścia nie posypałoby się. A chcąc nie-chcąc słuchanie jego historii doprowadziło do tego, że perspektywa moich oczu rozszerzyła się i zobaczyłam to, na co dwadzieścia lat czekałam. Poznałam świat i wyobrażenia, których nie można było się spodziewać ani oczekiwać.

I co?
I dobrze mi z tym.

Dzięki Marudo, wysyłam Ci kosmiczną energię mocy, bo choć tego nigdy nie przeczytasz, to jestem Ci mega wdzięczna.
W.

#millerpisze

Jedna uwaga do wpisu “Krzywe sz(r)klanki

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s